Natalia Gmyrek

Jestem półfinalistką VI edycji programu MasterChef. Uwielbiam pisać, fotografować i pracować z ludźmi. Codziennie stawiam sobie nowe wyzwania. Wiem, że życie jest zbyt krótkie, żeby jeść niesmaczne dania.

Kucharka kontra dziennikarka!

Kucharka kontra dziennikarka

    Lubię kiedy w moim życiu dużo się dzieje. Im więcej tematów realizuję jednocześnie, tym jestem szczęśliwsza. Czuję wtedy,
że wyciskam życie jak cytrynę i nie marnuję ani jednego momentu.

 

Wyszłaś za mąż, urodziłaś dziecko, skończyłaś studia i to dalej nie koniec. Jak udało Ci się połączyć te wszystkie rzeczy?

 

Lubię, kiedy wszystko jest dopięte na ostatni guzik a ja nie daję się pokonać żadnym życiowym wyzwaniom. Ciąża była dla mnie zaskoczeniem. Byłam wtedy na drugim roku studiów dziennikarskich. Dopiero co udało mi się przenieść z trybu zaocznego na dzienne,

a tu taka niespodzianka. (śmiech) Niektórzy doradzali mi przerwę w toku nauczania, odpoczynek i spokój, ale to nie w moim stylu. Na szczęście Uniwersytet Wrocławski jest miejscem bardzo przyjaznym a termin porodu zgrał się z wakacjami. Drugi rok dokończyłam z brzuszkiem a trzeci rok cały przestudiowałam z synem. W tak zwanym międzyczasie zorganizowaliśmy ślub. A żeby nie było zbyt nudno, to w połowie trzeciego roku studiów zgłosiłam się do programu kulinarnego MaterChef.

 

Skąd pomysł na udział w programie?

 

To była decyzja spontaniczna. Bardzo lubię ten program i oglądam każdy sezon.  Nigdy jednak nie zastanawiałam się nad udziałem. Pamiętam, że byłam wtedy na zajęciach
z kreowania marek u dr Karoliny Lachowskiej, kiedy na komputerze mignęła mi informacja
o castingu do programu. Postanowiłam wypełnić zgłoszenie, zupełnie na luzie. Zdecydowanie nie myślałam wtedy, że moje perypetie potoczą się tak daleko.

 

Jaka była najciekawsza odpowiedź, której udzieliłaś w zgłoszeniu do programu?

Pamiętam, że było tam pytanie dlaczego chcesz zmienić swoje życie i profesjonalnie zająć się gotowaniem? Na co ja odpowiedziałam, że chcę w przyszłości stworzyć restaurację lub cukiernię, w której nie będą potrzebne Kuchenne Rewolucje pani Magdy Gessler. (śmiech) Zależało mi na miejscu, gdzie ludzie będą nie tylko pysznie jeść, ale też tworzyć rodzinne wspomnienia.

 

Rodzina jest dla Ciebie ważna?

Tak! Myślę, że najważniejsza. Bez rodziny niczego bym nie osiągnęła. Nie mówię tu
o kontaktach, czy zapleczu finansowym, a o wsparciu, wierze i zaufaniu. Moja mama i mój mąż stanęli na głowie, żebym mogła wziąć udział w MasterChefie. Oczywiście przy zaangażowaniu całej rodziny. Każdy z moich najbliższych poświęcił jakąś część swojego wolnego czasu, uwagi, wsparcia, dobrego słowa, umiejętności planowania i organizacji. Do tego stopnia, że w pewnym momencie mieliśmy rozpisany grafik opieki nad małym Frankiem. W zasadzie oni mieli, bo ja wtedy zmagałam się z mistery boxem. (śmiech)

 

Ile Franek miał miesięcy kiedy poszłaś do programu?

Franek miał wtedy 8 miesięcy. To było istne wariactwo. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się nawet, że autentycznie dostanę się do programu. Więc niczego nie planowałam.
Aż któregoś dnia zadzwonił telefon, że zapraszają mnie na casting wraz z moim popisowym daniem. Wtedy się zaczęło. Oczywiście na popisowe danie przygotowałam tort. Poszłam
z Frankiem i przyjaciółką ze studiów Justyną, która zgodziła się pomóc mi przy małym
w razie potrzeby. Kolejny spontan (śmiech). Dodam, że dostałam się do programu, co wiązało się z wyjazdem do Krakowa na kilka miesięcy. A ja wtedy byłam w samym środku karmienia Franka piersią. U mnie pojęcie normalności w ogóle się nie sprawdza.

 

Skąd się wzięło zamiłowanie do garów?

Odkąd pamiętam całe dzieciństwo siedziałam z babciami w kuchni. Największą szkołę odebrałam od mojej prababci Walentyny. Nie tylko w dziedzinie gotowania. Nauczyła mnie również porządku, systematyczności, myślenia i zaradności. Wszystkie te umiejętności są niezbędne przy garach. Do dziś z sentymentem wspominam kluski śląskie, czy kopytka, które razem lepiłyśmy. Albo smażone ziemniaki ze świeżym szczypiorkiem i cebulką, popijane kefirem. Może to nie są dania restauracyjne, ale to są moje smaki dzieciństwa które pielęgnuję w sobie jak skarb. To było zasiane ziarenko które później zaczęło kiełkować, jak rzeżucha, którą razem siałyśmy na wacie przed Wielkanocą. Później moja ciekawość skierowała się w stronę słodyczy. A tutaj prym wiodła moja mama, która świetnie piecze.
W naszej kuchni absolutnym hitem był sernik Kasi i Tusi (tak pieszczotliwie nazywa mnie mama). To był pierwszy przepis jaki miałam przyjemność współtworzyć. Chodziłam wtedy do podstawówki. Natomiast przed Bożym Narodzeniem uwielbiałam piec z mamą pierniczki na choinkę. Najwięcej zabawy było przy ozdabianiu. Myślę, że wtedy odkryłam swoje zamiłowanie do cukiernictwa. Dziś mój sprzęt i gadżety do pieczenia nie mieszczą się
w kuchni. Trzymam je w kartonach na półkach, u syna w pokoju, a nawet w salonie na regale z książkami. (śmiech) Wszędzie otaczają mnie blachy i foremki. To moja prawdziwa pasja.

 

Faktycznie marzysz o cukiernii?

Tak. Myślę, że w perspektywie czasu, będzie to mój jeden ze sposobów na życie. Pochodzę z Wrocławia i lubię odwiedzać różne kulinarne punkty na mapie. Niewiele jest miejsc, gdzie mogłam zjeść deser, który faktycznie powaliłby mnie na kolana. To moja misja. (śmiech) Karmić ludzi pysznymi deserami. Nie ma nic gorszego niż kaloryczne wyrzuty sumienia po niesmacznym deserze. Kobiety mnie zrozumieją. (śmiech) Chciałabym się dzielić tą chwilą przyjemności i stworzyć miejsce przyjazne dla rodzin. W mojej wymarzonej kawiarnio cukiernii jest miejsce dla alergików i wegan. Bardzo interesuje mnie temat roślinnej kuchni
a zwłaszcza wegańskiego cukiernictwa. Mam w tym temacie spore doświadczenie.

 

Skąd zainteresowanie kuchnią roślinną?

Wiąże się z tym pewna historia. Studiowanie w trybie zaocznym wiązało się z niemałymi kosztami. Nie chciałam nimi obciążać rodziców, dlatego postanowiłam znaleźć sobie pracę. Trafiłam wtedy do Baru Vega na rynku. Swoją pracę zaczęłam od zmywaka. Było ciężko
i bardzo długo, ale nauczyło mnie to dyscypliny i wytrwałości. Podejrzałam wtedy, że jest tam stanowisko cukiernika, a moje serce zabiło mocniej. Wiedziałam, że chcę się dostać na piętro Baru, żeby być bliżej cukierniczki Kasi i ją podglądać. (śmiech) Pracowałam więc ciężej i dłużej. Po kilku miesiącach awansowałam na obsługę bufetu na parterze. Potem na pomoc kuchenną… na parterze (śmiech). W końcu rozpoczęłam pracę na bufecie na piętrze Vegi. Ta czułam się bardzo na miejscu. Pracowałam z ciekawymi ludźmi, poznawałam kuchnię roślinną i podglądałam Kasię. Całe doświadczenie z pracy w tym miejscu, skłoniło mnie do rezygnacji z mięsa. Przez dwa lata byłam wegetarianką.

 

Czekaj, czekaj. Dwa lata? To znaczy, że w ciąży również nie jadłaś mięsa?

Całkowicie, do szóstego miesiąca. Okres ciąży był dla mnie dość ciężki. Głównie przez poranne mdłości, które u mnie występowały całą dobę. (śmiech) Miałam ogromny problem
z jedzeniem. Na samym początku nie mogłam jeść totalnie nic. Nawet po wodzie było mi niedobrze. Później tolerowałam chleb z dżemem, banany i jogurt o smaku owoców leśnych. (śmiech) Tak przez kilka miesięcy. W okolicach piątego miesiąca ciąży zaczęło być groźnie, bo ja zamiast przybierać na wadze, schudłam prawie 10 kilo! Czego nie można było powiedzieć o mieszkańcu mojego brzucha. (śmiech) Otóż mój lekarz prowadzący postawił mi ultimatum. Albo zacznę jeść jak kobieta w ciąży, albo kroplówka odżywiająca. A ja naprawdę nie mogłam nic przełknąć. Wtedy do akcji wkroczyła moja mama, która wzięła sprawy w swoje ręce. Ugotowała mi gar rosołu z perliczki. To było dla mnie trudne doświadczenie, ale jadłam w imię wyższego dobra. Mimo tego, że rosół był niewątpliwie pyszny, rósł mi w gardle. Pamiętajcie, że dwa lata nie jadłam nic związanego z mięsem. Jednak to taktyczne posunięcie mojej mamy, było jak wywołanie lawiny zachcianek ciężarnej kobiety, z kilkoma miesiącami zaległości. (śmiech) W pozostałe cztery miesiące odrobiłam 10 kilo, które schudłam i w kilogramowym bilansie ogólnym wyszłam na zero.

 

Rzadko się zdarza nie nabrać w ciąży dodatkowych kilogramów. Zdarzało Ci się ćwiczyć w tym okresie?

Oczywiście, nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Od dziecka sport jest mi bardzo bliski. Byłam bardzo aktywnym dzieckiem. Trenowałam koszykówkę i pływanie. W szkole byłam pierwsza na wf-ie i nawet chodziłam na sportowe zajęcia pozalekcyjne do chłopaków. (śmiech) Zawsze było mi mało. Oprócz tego dużo biegam i jeżdżę na rowerze. Przed ciążą trenowałam spinning, przez rok czasu. W ciąży natomiast nie zrezygnowałam z siłowni. Chodziłam na zajęcia przeznaczone dla kobiet w ciąży. Uczęszczałam też na jogę. Pamiętajmy też, że codziennie byłam na uczelnii. Życie w ciągłym ruchu sprzyjało zdrowemu rozwojowi mojego dziecka. No i dopiero później doszło racjonalne żywienie. (śmiech)
W ciąży byłam bardzo aktywna. Dużo podróżowałam, między innymi do Niemiec, Londynu na pokaz naszej biżuterii. Byłam też na wakacjach w Hiszpanii, gdzie uskuteczniałam z tatą
i rodzeństwem kolarstwo górskie na trasach MTB. Mama tego nie pochwala, ma rację, bo to niebezpieczne. Nawet w ciąży wszędzie było mnie pełno.

 

Natalia Gmyrek:
„Nie boję się szczerości”

 

Masz rodzeństwo?

No pewnie! Dwie siostry i dwóch braci. Wszyscy młodsi ode mnie. Moja rodzina jest typowo patchworkowa. Długo by to tłumaczyć. (śmiech) Posiadanie licznego rodzeństwa naprawdę rozwija wiele umiejętności. Czasami nawet umiejętność przetrwania, a to mi się bardzo przydało w programie. (śmiech)

 

No właśnie. Co dał Ci udział w programie?

Przede wszystkim pewność siebie i przekonanie, że mam smak i podstawy do rozwoju w dziedzinie kulinarnej. Zyskałam też świadomość, że nie jestem jeszcze gotowa na prowadzenie własnego miejsca, bo muszę się jeszcze wiele nauczyć. Zyskałam też niesamowite przyjaźnie, które myślę, zostaną na całe życie. Nauczyłam się też sporo w programie, wiele z tych potraw robiłam w życiu pierwszy raz. To dało mi tę moc. Skoro pierwszy raz w życiu robię coś i wychodzi mi to świetnie, to może mam do tego dryg. (śmiech) Do tego zrozumiałam, że ciągnie mnie do telewizji.

 

Chciałabyś pracować w telewizji?

Tak! i to bardzo. Na tą chwilę nawet bardziej, niż prowadzić własną knajpę. Ukończyłam studia dziennikarskie. Zawsze ciągnęło mnie do mediów. Od dziecka podziwiam duet Prokop & Wellman. Chciałabym kiedyś z nimi porozmawiać i w przyszłości stworzyć taki zawodowy team. Jako dziecko chciałam być żeńską wersją Kuby Wojewódzkiego (śmiech). Teraz już nie jestem tego taka pewna. Pewna jestem natomiast tego, że w telewizji czuję się jak ryba w wodzie i myślę, że świetnie odnalazłabym się w roli prowadzącej programy rozrywkowe.

Natalia Gmyrek

Natalia Gmyrek 22 lata, finalistka VI edycji programu MasterChef, pasjonatka cukiernictwa, matka, chustoświrka, absolwentka Dziennikarstwa i Comminication Design na Uniwersytecie Wrocławskim, współtwórca marki biżuteryjnej Nakame, propagatorka rodzicielstwa bliskości i zdrowego stylu życia. Autorka serii przepisów kulinarnych do światowego projektu Zen 8. Uwielbia podróże, podczas których degustuje i poznaje kuchnie świata.

 

Wywiad z kucharką Natalią Gmyrek,
przeprowadziła dziennikarka Natalia Gmyrek.
czytaj: wywiad u: Damian Moskal
Zobacz: Więcej o mnie

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2019 Natalia Gmyrek

Theme by Anders Norén